Jerzy Szmit, wiceminister wspomina czasy NZS-u i wprowadzenia stanu wojennego

„W Olsztynie od pierwszych dni stanu wojennego (dzięki bp. Obłąkowi) powstał komitet pomocy przy Kościele Św. Józefa na Jagiellońskiej. Zaczęła się produkcja pierwszych ulotek, ściąganie wydawnictw z Gdańska i Warszawy, bardziej fachowa produkcja wydawnictw lokalnych”

– tak Jerzy Szmit, obecnie wiceminister infrastruktury i budownictwa – wówczas student i działacz Niezależnego Zrzeszenia Studentów, wspominał wprowadzenie stanu wojennego. Poniżej zamieściliśmy niepublikowany nigdy dotąd fragment wywiadu z wiceministrem przeprowadzony przez Konrada Biesiadeckiego.

 

NZS, bibuła, stan wojenny —
fragment rozmowy z Jerzym Szmitem zarejestrowany 4 stycznia 2005 roku.

 

Czym się Pan zajmował w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów?

W Zrzeszeniu zajmowałem się obiegiem informacji, byłem redaktorem czasopisma „Pryzmat”. Choć oficjalnie nie byłem naczelnym, to zajmowałem się redakcją i decydowałem, co się ukaże na łamach pisma. W materiałach SB na mój temat pojawiła się ciekawa charakterystyka tego periodyku, m.in. było takie stwierdzenie, że jak Szmit objął redakcję, to pismo zdecydowanie i radykalnie zmieniło linię polityczną, z ogólnej stała się antykomunistyczna.

W 1982 roku zaczęliśmy wydawać drugą gazetę. W „Pryzmacie” zamieszczaliśmy głównie bieżącą publicystykę. To mi jednak nie wystarczało. Szukałem pisma, w którym byłyby materiały nieco głębsze intelektualnie, chciałem też promować pewne wartości i idee, dzięki którym nasz kraj byłby w końcu niepodległy i demokratyczny.

pryzmat_1

Fragment okładki jednego z numerów „Pryzmatu” z 1980 roku.
Na uwagę zasługuje cytat z Art. 83 konstytucji PRL o wolnościach obywatelskich

Było zapotrzebowanie na promowanie idei?

Zapotrzebowanie było oczywiście. Tamte gazety, już nie pamiętam, czy były rozdawane za darmo, czy za symboliczną złotówkę. Nigdy nie było problemów z kolportażem. Odbiór był bardzo duży. Mieliśmy też ciekawie rozwiązany problem techniczny – pismo drukowaliśmy w drukarni Akademii Rolniczo-Technicznej, oficjalnie, za zgodą rektora, więc nie ponosiliśmy z tego tytułu kosztów, kupowaliśmy tylko matryce. Była umowa, że rektor przegląda przygotowany numer przed drukiem. Mimo iż w kraju szalała cenzura, udało się nam w 1981 roku w jednym z wydań napisać artykuł o aresztowaniu członków KPN-u (Moczulskiego, Szeremietiewa, Stańskiego) – materiał poszedł do druku. Wystarczyła spokojna rozmowa.

W tym czasie mieliśmy w Polsce generalnie wielki głód idei. Przez kilkadziesiąt lat tłoczono nam w głowy tylko jeden światopogląd, jak ktoś był zainteresowany, to szukał możliwości poznania innych nurtów. To był naprawdę dobry czas dla prasy w Polsce, niektóre tytuły i dzisiaj mogłyby pozazdrościć takiej ilości odbiorców.

Jaka była atmosfera tamtych wydarzeń? Euforia? Strach?

Tego strachu trochę było. Natomiast jeszcze więcej widziałem go w oczach koleżanek i kolegów z SZSP (Socjalistycznego Związku Studentów Polskich), którzy w prywatnych rozmowach do strachu często wracali, w tym kontekście, że nie wiedzieli co dalej będzie, zadawali pytania, po co się tak angażujemy, że to wszystko może się źle skończyć. Ja tego nie traktowałem jako próby wpływania na naszą działalność czy straszenia. Oni rzeczywiście się tak czuli, w ten sposób wyrażali swoje obawy. Oni w tym świecie żyli, byli przecież przygotowywani na przyszłych aparatczyków, kształtowała ich tamta rzeczywistość. Funkcjonowanie „Solidarności” i NZS-u do niedawna nie mieściło się im się w głowach. Mieli świadomość, że jesteśmy w opozycji do nich, a z drugiej strony lepiej się orientowali, że aparat represji – wojsko, milicja i służba bezpieczeństwa – są zorientowane na zdławienie oporu „Solidarności”. Wielu z nich miało starszych znajomych, którzy działali już w komitetach miejskich, milicji lub w SB w innych miastach i wiedzieli od nich, że nikt się z opozycją nie patyczkuje. W dużym stopniu działaliśmy na niewiedzy… i entuzjazmie (śmiech).

Latem 1981 roku odebrałem telefon, w którym podjęto próbę zwerbowania mnie. Głos w słuchawce chciał się umówić na spotkanie i rozmowę o aktualnych wydarzeniach. Wtedy już wiedzieliśmy, że istnieje takie coś jak SB – nawet w drugim obiegu funkcjonowała broszura „Obywatel a Służba Bezpieczeństwa”.

KOR-owski poradnik z cyklu „jak nie dać się zwerbować”?

Tak, była tam taka instrukcja, a także porady prawne o wolności słowa, zrzeszania się, wszystko to, co przecież było zapisane w PRL-owskiej konstytucji. A wracając do instrukcji… Było tam napisane, żeby nie podejmować propozycji spotkań i rozmów z SB, że trzeba odmawiać itd. I właśnie wyposażony w tę wiedzę oraz intuicję odmówiłem tego kontaktu, nie spotkałem się. Za pewnik należy przyjąć, że nie byłem wtedy jedynym, do którego dzwoniono i z którym próbowano rozmawiać.

Od razu zacząłem o tym opowiadać na lewo i prawo, z resztą zgodnie z instrukcją, bo w broszurce było również napisane, że po wszelkich próbach kontaktu trzeba wszystkich poinformować o takim zdarzeniu. To była jedna z najlepszych metod, żeby się ustrzec przez kolejnymi próbami, bo jeśli z otoczenia wychodzą takie sygnały, że ta osoba od razu wszystkim gada, to wiadomo, że każda następna próba będzie znowu opowiedziana i ten walor konspiracji zanika.

Czy zdawał sobie Pan sprawę ze skali inwigilacji NZS? Jak wyglądało to wtedy, a jak ocenia Pan to z perspektywy czasu.

Jak już powiedziałem, mieliśmy świadomość, że takie coś jak SB istnieje, ale to nie było tak, że myśmy się jakoś zastanawiali czy możemy coś robić, bo się dowiedzą, czy nie możemy, bo jak się dowiedzą, to będzie źle. To nie urastało do rangi psychozy, nie myśleliśmy w ten sposób.

Dzisiejsze wypowiedzi niektórych osób w dosyć fałszywym świetle stawiają „Solidarność” i NZS (choć o NZS już się prawie wcale nie wspomina), mówią, że „Solidarność” była jednym wielkim spiskiem służby bezpieczeństwa, która była kierowana i inwigilowana, w której tak naprawdę nic się nie działo, o wszystkim decydowali tajni współpracownicy. Nie zgadzam się z tym. To bardzo krzywdzące oceny. Są też tacy, którzy uważają, że nie było żadnej „Solidarności”, tylko to wszystko było zaplanowane na szczeblach ówczesnej władzy, nie było żadnego upadku komunizmu tylko przepoczwarzenie się tego ustroju, a my jak pożyteczni idioci w tym uczestniczyliśmy. Te oceny wynikają najpewniej z tego, jak Polska wyglądała po przełomie 1989 roku, ale to jest temat na zupełnie inną rozmowę.

Jak to wyglądało w moim otoczeniu? Być może były jakieś próby manipulowania nami, oczywiście, że w naszym otoczeniu byli tajni współpracownicy, ale do dzisiaj mam odczucie, że ci ludzie nie mieli znaczącego wpływu na to, co robiliśmy.

Po lipcu 1981 roku przyszła jesień… i przyszedł grudzień…

Późna jesień 1981 roku była bardzo „gorąca” i mocno było czuć napięcia w kraju. To wszystko się przekładało także na uczelnie wyższe w Polsce. Odbyło się kilka akcji studenckich związanych z prawami akademickimi. Jedną z nich była sytuacja w Łodzi – chodziło o zmianę rektora Hebdy w Radomiu. Dokładnie nie pamiętam, ale była to jakaś strasznie ponura postać. Później doszły postulaty łódzkie (rejestracja NZS, zniesienie przymusu nauczania j. rosyjskiego, zniesienie cenzury itd.) Na tym tle wybuchł strajk, do którego bardzo szybko przyłączyły się inne uczelnie.

W Olsztynie zorganizowaliśmy swój strajk. Przez ok. dwa tygodnie nie było zajęć. Okupowaliśmy salę sportową, hale na głównych wydziałach: na zootechnice, rolnictwie, technologii żywności, salę senatu uczelni (tam było szefostwo strajku). Wszystko odbywało się w aureoli demokracji, zorganizowano zebranie na sali sportowej, odbyło się głosowanie, kto jest za strajkiem itd. Dziwnie na to patrzyli profesorowie, ale robiliśmy to z pełnym przekonaniem! Po dwóch tygodniach entuzjazm zaczął opadać, sporo strajkujących zaczęło ubywać, na koniec pozostało kilkaset osób. Wymyśliliśmy wtedy rotacyjny system strajkowania. Studenci przychodzili na 24 godziny do okupowanych pomieszczeń i następowała zmiana.

Zaczęły do nas dochodzić informacje z kraju, m.in. o pacyfikacji strajku w szkole pożarniczej na tydzień przed wprowadzeniem stanu wojennego. Milicja przypuściła szturm na strajkujących. Był to taki pokaz siły, że żartów już nie ma. Być może władze potraktowały to jako ćwiczenia przed stanem wojennym. Nie ukrywam, że ta wiadomość na nas podziałała, ale mimo to strajkowaliśmy dalej. Ale w końcu przyszedł czas, że strajk trzeba było zakończyć. Kończył się zapał, który w gruncie rzeczy był budowany jedynie na emocjach. W piątek 11 grudnia zorganizowaliśmy spotkanie w sali gimnastycznej w Kortowie, poprzedzone Mszą Świętą. Przez głosowanie podjęliśmy decyzję o tym, że strajk trzeba kończyć. Sobotę spędziliśmy na posprzątaniu uczelni po strajku, bo zajęcia miały normalnie ruszyć od poniedziałku 14 grudnia.

547748_m644

Generał Wojciech Jaruzelski ogłasza stan wojenny na terenie całego kraju

13 grudnia ok. 6:00 rano przybiegł do mnie kolega mieszkający w akademiku (mieszkałem wtedy przy ul. Kościuszki) z informacją, że coś się dzieje, bo wojsko wyszło na ulice. Poszliśmy z ciekawości na dworzec kolejowy. Tam zagadnięci kolejarze powiedzieli nam (cytuję): „Od zerowej stan wojenny”. Nie bardzo wiedzieliśmy, co to jest stan wojenny, natomiast powiem tak – może się to wydać dziwne – ale odczułem pewien rodzaj ulgi z tego względu, że obawiałem się radzieckiej interwencji. Już sam komunikat, że był stan wojenny, a nie agresja sowiecka, trochę mnie uspokoił. Gdyby sowieci interweniowali, ilość ofiar byłaby dużo większa. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że ZSRR ani myśli wkraczać do Polski jak wcześniej na Węgry i do Czechowsłowacji…

Przeszliśmy się po mieście. Patrole MO i wojska obstawiły ulice. Kolega pojechał do Kortowa, a ja wróciłem do domu. Około godziny 10:00 miałem niezapowiedzianą wizytę. Podjechała tzw. czarna wołga i zawieziono mnie na komendę. Tam zostałem przesłuchany. Pogrożono mi, że jeśli będę podejmował jakąś działalność antypaństwową, to będzie ze mną źle… i wypuszczono do domu.

Niedługo po „wizycie” na komendzie zaczęły do mnie dochodzić informacje, że w Kortowie pojawiły się pierwsze opozycyjne ulotki. Na uczelni odwołano zajęcia (do połowy lutego).

Próbowaliśmy się zbierać, żeby wyznaczyć kierunki działań, ale to uderzenie władzy było bardzo silne. Dysponowaliśmy jeszcze powielaczami z czasów NZS-owskich, ale milicja je zarekwirowała. Akcja z resztą była błyskawiczna, bo nasze środowisko mieli świetnie rozpoznane – aresztowano ok. 9 osób. Zapał do konspirowania mocno opadł.

W tym głównym nurcie pierwszych wydarzeń po 13 grudnia nie uczestniczyłem. Byłem jedną z osób organizujących strajk na uczelni – w jakimś stopniu rozpoznawalną – i moje zaangażowanie się w jakąkolwiek grupę od razu by ją dekonspirowało.

jszmit_IPN

Opozycyjne dossier bohatera naszego materiału zaczerpnięte z BIP Instytutu Pamięci Narodowej.
Kryptonimy wszystkich spraw prowadzonych przeciwko Jerzemu Szmitowi znajdą Państwo TUTAJ.

Pole do działania otworzyła mi możliwość pomagania osobom aresztowanym i represjonowanym. Starałem się organizować pomoc adwokacką. Wiosną jeździliśmy do Warszawy, gdzie były już stworzone struktury pomocowe przy kościele Św. Marcina. W Olsztynie od pierwszych dni stanu wojennego (dzięki bp. Obłąkowi) powstał komitet pomocy przy kościele Św. Józefa na Jagiellońskiej. Zaczęła się produkcja pierwszych ulotek, ściąganie wydawnictw z Gdańska i Warszawy, bardziej fachowa produkcja wydawnictw lokalnych. W Olsztynie rozpoczęto akcję spacerów, którą zapoczątkowano w Świdniku. Chodziło o to, aby w porze nadawania Dziennika Telewizyjnego ludzie spacerowali po mieście. Mieszkańcy zbierali się na starówce, na początku dość nieśmiało, później – gdzieś w kwietniu – było już to dość dobrze widoczne w centrum, w okolicach ratusza, przy dzisiejszej Alei Marszałka Józefa Piłsudskiego. Na tyle widoczne, że władze zaczęły się tymi spacerami interesować. 3 maja w Olsztynie doszło do małych zamieszek, jeździły nyski, dochodziło do zatrzymań.

Po przesłuchaniu 13 grudnia w tzw. międzyczasie byłem zatrzymany kilka razy. Rozpytywano mnie o różne rzeczy, również o działalność w NZS. Ponieważ była abolicja na działalność przed 13 grudnia, przyjąłem strategię, że będę mówił, czym się zajmowałem przed wprowadzeniem stanu wojennego, natomiast miałem daleko posuniętą amnezję w tematach bieżących (śmiech). Na każdym ze spotkań podjęto próby nakłonienia mnie do współpracy, ale za każdym razem odmówiłem.

13 maja 1982 roku – w miesięcznicę wprowadzenia stanu wojennego – miała miejsce ciekawa sytuacja. Z koleżanką wpadliśmy na pomysł, żeby pod Zarządem Regionu „Solidarności” złożyć kwiaty i zapalić świeczki. Spisał nas jakiś tajniak. Jakoś zbytnio się tym nie przejmowaliśmy – spisał, to spisał. Później, wieczorem, gdy słuchałem Radia Wolna Europa, oprócz informacji co się dzieje w innych miastach, podano także informację z Olsztyna, że pod siedzibą Zarządu Regionu złożono kwiaty i zapalono świeczki. Pomyślałem wtedy, że to nie jest dla mnie zbyt dobra wiadomość, jeżeli to trafiło aż do Wolnej Europy (śmiech). No i rzeczywiście następnego dnia rano „Puk! Puk!” do drzwi – „Proszę się ubrać”, zawieziono mnie na milicję na tzw. dołek. Tam posiedziałem kilka dni, odbywały się kolejne przesłuchania, pytano mnie o poglądy… aż wreszcie wręczono mi decyzję o internowaniu. Pojechałem do Iławy na siedem miesięcy.

Jak wyglądało życie w Zakładzie Karnym w Iławie?

Trafiłem do Iławy w maju, więc warunki nie były już tak rygorystyczne jak na samym początku stanu wojennego. O rygorach więziennych nie było mowy. Można było przechodzić pomiędzy celami, osadzeni mieli możliwość przyjęcia odwiedzin rodziny. Te warunki nazwałbym uciążliwymi.

To, co ważne, to fakt, że kilka dni temu odznaczono jednego ze strażników w Iławie, w podzięce za pomoc osadzonym. Ów strażnik wyniósł z zakładu próbki jedzenia, które zostały zbadane w Polsce i w Szwecji. Okazało się, że w pożywieniu znaleziono substancję, która podtruwała i otumaniała osadzonych. Po tych informacjach zaczęliśmy odmawiać spożywania tych posiłków. Ratowało nas wsparcie zza murów, dzięki temu zawsze coś do jedzenia się znalazło.

Jak scharakteryzowałby Pan stosunki pomiędzy osadzonymi?

Była to jedna wielka rodzina. Nie było żadnych podziałów, panowały stosunki przyjacielskie, wszyscy byli ze sobą na ty. Nie mieliśmy kontaktu z przestępcami, internowani przebywali tylko z internowanymi. Wtedy miałem przyjemność poznać Tadeusza Syryjczyka, Antoniego Macierewicza, Stefana Śnieżko czy Józefa Lubienieckiego. Miałem wówczas niespełna 22 lata, byłem studentem, a oni dla mnie byli bardzo doświadczonymi wielkimi działaczami.

Pomiędzy nami nie było żadnych sporów ideologicznych, choć pamiętam, że w Iławie był osadzony prof. Leszek Nowak z Poznania. Słuchaliśmy teorii, które on wygłaszał, m.in. że należy uzbroić proletariat, a sprawy się same rozwiążą (śmiech). Dzisiaj, wiem, że on był trockistą, ale wtedy się tego słuchało z wielką uwagą (śmiech).

Czy Pana rodzina miała nieprzyjemności z tytułu Pańskiej działalności w NZS?

To była sprawa, która wyglądała bardzo niedobrze. Moja mama pracowała w komunikacji telefonicznej, zajmowała się łączami telefonicznymi. Wówczas było to uznawane za zajęcie specjalnego znaczenia. W pracy była pod stałym nadzorem, pod presją bezpieki. Odsunięto ją od spraw, którymi się zajmowała, przesunięto ją do księgowości, co wiązało się z tym, że musiała się wszystkiego uczyć od nowa.

Mama przeżyła mocno sprawę mojego pobicia w więzieniu latem 1982 roku. Wtedy odmówiono widzeń z rodzinami, które przyjechały na spotkanie. Zaczęliśmy protestować, co spotkało się z brutalną pacyfikacją. Pobito kilkadziesiąt osób. Jednym z najbardziej pobitych był Władysław Kałudziński, któremu (oraz kilku innym osobom) na dodatek postawiono zarzuty pobicia funkcjonariusza i wsadzono w 1983 roku do więzienia w Elblągu. Ja, jak to się mówi, dostałem parę gum. Czasami wyciągano nas z cel i tłuczono. Sprawa została dokładnie opisana w wydawnictwach mówiących o tamtym okresie.

Zeszłoroczny happening artysty Jacka Adamasa w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego

Jak działalność w NZS i stanie wojennym wpłynęła na Pana późniejsze życie?

To miało decydujący wpływ! Starałem się być w ścisłej czołówce w NZS. Na 5 tysięcy studentów, ok. 250 osób tworzyło NZS, z czego aktywnych było ok. 30-40 osób, a bardzo aktywnych kilka. Po internowaniu spędziłem jeszcze 3 miesiące w więzieniu za kolportaż ulotek. To wszystko mnie ukształtowało. Do 1989 roku byłem aktywny w środowisku opozycji solidarnościowej, poznałem wielu wspaniałych ludzi z najważniejszych ośrodków (Gdańsk, Warszawa), którzy na tej niwie także działali i do dzisiaj są na pierwszych stronach gazet. Gdy nastąpił przełom 1989 roku, ja już w tym wszystkim byłem… i zostałem, bo chciałem uczestniczyć w zmianach w Polsce.

Olsztyn, 4 stycznia 2005 r.

 

Od redakcji:

Dzisiaj obchodzimy 35 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Bardzo ponurego czasu w najnowszej historii Polski. 13 grudnia jest symbolem wojny jaką komuniści wytoczyli obywatelom swojego kraju. Nie była to bynajmniej wojna na argumenty, ani tym bardziej kulturalny klub dyskusyjny. Był to upiorny czas próby, w którym pragnienie wolności musiało przeciwstawić się milicyjnej pałce.

Jak więc ocenić dzisiejsze próby wykorzystywania tej daty przez opozycję i KOD idące pod rękę z byłymi funkcjonariuszami bezpieki? Jak można porównywać obecną sytuację polityczną do tej sprzed 35 lat? Jak można mówić, że w Polsce nie ma demokracji? Chyba niektórzy naprawdę stracili kontakt z rzeczywistością…


Jerzy Szmit – urodzony 8 września 1960 w Olsztynie – polityk, publicysta, samorządowiec, wykładowca akademicki.
Ukończył studia na Wydziale Geodezji Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie oraz na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.
W 1980 współtworzył Niezależne Zrzeszenie Studentów na Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, za co był represjonowany w stanie wojennym. Został internowany na okres od maja do grudnia 1982. W roku 1981 r. uczestniczył w demonstracji przed Olsztyńskimi Zakładami Opon Samochodowych Stomil. Działał w Charytatywnym Punktcie Pomocy dla Więźniów i Internowanych przy parafii św. Józefa w Olsztynie, a w 1983 r. współorganizował grupę drukującą i kolportującą wydawnictwa podziemne. 13 czerwca 1984 r. został aresztowany wraz z innymi studentami i pracownikami ART, a następnie 3 sierpnia zwolniony na mocy amnestii. Za działalność został relegowany z uczelni.
W latach 1984–1988 był współpracownikiem „Posłańca Warmińskiego”, w 1986 r. współzałożycielem i redaktorem pisma „Nurty”, w 1987 r. „Inicjatyw Warmińskich”.
Od 1989 r. zaangażowany w życie społeczne, gospodarcze i polityczne Olsztyna i regionu warmińsko-mazurskiego. Działa w kilku stowarzyszeniach („Mała Ojczyzna”, „PRO PATRIA”, Towarzystwo Przyjaciół Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego). Jest autorem książki „Między wielką a małą ojczyzną”. Był wykładowcą w Wyższej Szkole Informatyki i Ekonomii TWP w Olsztynie.
W latach 1994-1998 radny Rady Miasta Olsztyn, a od 1998 do 2002 r. – Sejmiku Województwa Warmińsko-Mazurskiego. W latach 1998-1999 był pierwszym marszałkiem Województwa Warmińsko-Mazurskiego. Pracował także jako dyrektor generalny Urzędu Wojewódzkiego. Kierował olsztyńskimi przedsiębiorstwami i prowadził własną działalność gospodarczą.
W latach 2003–2005 był prezesem zarządu Regionalnej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej.
W trakcie wyborów prezydenckich na Ukrainie w 2004 pełnił rolę międzynarodowego obserwatora.
W latach 2005-2007 był Senatorem VI kadencji – Przewodniczącym Komisji Samorządu Terytorialnego i Administracji Państwowej, Członkiem Komisji Gospodarki Narodowej
W latach 2009-2010 pełnił funkcję Wiceprezydenta Olsztyna.
Od 2011 r. Poseł na Sejm VII kadencji – Członek Komisji Infrastruktury i Komisji Finansów Publicznych, przewodniczący Podkomisji stałej ds. transportu drogowego i drogownictwa, Przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Rozwoju Polski Wschodniej.
Od 20 listopada 2015r., w rządzie Pani Premier Beaty Szydło, Jerzy Szmit sprawuje funkcję wiceministra w Ministerstwie Infrastruktury i Budownictwa.

Komentuj "Jerzy Szmit, wiceminister wspomina czasy NZS-u i wprowadzenia stanu wojennego"

Skomentuj tekst

Adres e-mail nie będzie opublikowany (pozostaje do wiadomości serwisu)


*


Zabezpieczenie antyspamowe:

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Powrót na górę strony
%d bloggers like this: